'Kilkanaście groszy dziennie'?
|
Mógłbym teraz ze złośliwością rzec wyborcom Pana Bronka, że mają co chcieli... ale z takim tekstem to poczekam na jakąś specjalną okazję. Jeśli VAT skoczy do 25%, a Pan Donald stwierdził, że taka opcja jest możliwa, wtedy będę ludziom rzucał Bronkiem w twarz bez dwóch zdań.
Co mnie jednak przywodzi do najgłębszej rozpaczy to nie samo podniesienie VATu do 23% tylko argumentacja Pana Donalda oraz to, że ludzie ją łykają. Podniesienie VATu ma zlikwidować dziurę budżetową i w konsekwencji (to jest dobre...) pozwolić na późniejsze zmniejszenie podatków! Żeby zrozumieć co tu takiego głupiego - należy poczytać o gospodarce. Na potrzeby jednak tej notki można stwierdzić, że wyższe podatki nie zawsze przynoszą państwu wyższe dochody pozwalające zlikwidować dziurę budżetową. W większości sytuacji pomaga zmniejszenie podatków. Zaskakujące? Według wielu nieintuicyjne, jednak to prawda. Ale o tym kiedy indziej.
Ponadto naiwnym trzeba być, by sądzić, że Pan Donald podatki obniży za kilka lat. Jest kilka powodów dla których tak sądzę. Po pierwsze: uważam naszych POlityków za bandę złodziei. Po drugie: jako, że łatanie dziury budżetowej zwiększaniem podatków nie jest najlepszym pomysłem w sytuacji Polski, kryzys staje się bardziej prawdopodobny, a wtedy już nasze pieniążki szlag trafi. Po trzecie: Pan Donald skończy pierwszą kadencję niedługo, wygra reelekcję, sytuacja gospodarcza się popsuje i następnej reelekcji już nie będzie (oby...). Zamiast Pana Donalda przyjdzie jakiś Mietek. Tenże Mietek może podatki obniży, może nie. Znając Polskę - najpewniej jeszcze podwyższy, ale to nieważne. Co ważne: Pan Donald podatków nie obniży.
Argument numer 2: pozostałe stawki VAT się zmniejszą. To fajny argument. Przypomina coś w rodzaju: nie będzie was stać na jedzenie, ale będziecie mieli telewizor! To znaczy: my, obywatele, i tak stracimy więcej kasy, ale obniżają nam kilka niskich stawek dla odwrócenia uwagi.
Argument numer 3: podniesienie stawek VAT do dla Polaka strata kilkunastu groszy dziennie. To świetnie Panie Donaldzie, jednak nie o to idzie. Idzie o to, że zabierając obywatelom pieniądze zmniejsza się potencjał nabywczy obywateli - czyli uderza się w handel na każdym poziomie. Zmniejsza się obieg pieniądza w gospodarce i przez to państwo ma mniejszy zysk z np. podatku dochodowego. Ponadto jak doświadczenia pokazują - ludzie mając ograniczone środki oszczędzają co jeszcze bardziej bije w obieg pieniążków...
Podsumowując: skutki podwyżki VAT dla przeciętnego obywatela wg Pana Donalda to strata kilkunastu groszy oraz lepsza jakość życia i niższe podatki w przyszłości. Jest to jednak, krótko mówiąc - bzdura.
(A może Pan Bronek zawetuje? W końcu obiecał, że jako Prezydent nie podniesie podatków. Przyrzekam, że jeśli Pan Bronek nie okaże się hipokrytą - zadedykuję mu jakąś notkę. Ale wiecie co... okłamałem was na początku. Jeśli Pan Bronek nie zawetuje podwyżki VAT to będę rzucał w twarz: 'A nie mówiłem'?)
|
|
JKM – 15%? Tylko z 'tłumaczem'
|
Janusz Korwin-Mikke, bezwzględnie najlepiej rozpoznawany polski polityk konserwatywno-liberalny, napisał ostatnio na łamach Najwyższego Czasu (nr 18-19, 1-8 maja 2010, s. 16), że w jego zasięgu leży 15-procentowe poparcie w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Nie obrażając nikogo, w tym samego JKM, uważam to za szalone marzenie. Niemniej, im więcej głosów dla JKM – tym lepiej. Jest tylko jeden problem.
Janusz Korwin-Mikke jest znany z medialnej wręcz bezczelności – nie owija w bawełnę, mówi prosto w oczy. I się nie przejmuje. Jest z tego powodu napiętnowany przez niektóre media, które potrafią nawet przeinaczać jego wypowiedzi. Można by rzec, że porządny polityk powinien umieć radzić sobie z mediami, ale skoro do wyboru są albo populistyczni hipokryci nieźli w PR i JKM – z niezmiernie nędznym marketingiem, za to przynajmniej z głową na karku, to wiadomo kogo wolę. Z tym, że takich jak ja jest niewielu. JKM mógłby mieć więcej głosów, ale ludzie, Ci wspaniali, nierzadko bardzo inteligentni, uświadomieni i wykształceni przedstawiciele naszego narodu, kiedy już się zbiorą razem drastycznie tracą na IQ. I JKM ma opinię jaką ma – bezczelnego i aroganckiego krzykacza, wykreowaną przy radosnej współpracy niezbyt przychylnych mu mediów.
Dlaczego konserwatywno-liberalny kandydat na prezydenta ma tak mierną wśród społeczeństwa opinię? Tutaj wracamy do sprawy kalekiej zdolności do racjonalnego rozumowania polskiego tłumu. Nawet jeśli tłum tworzą ludzie inteligentni – inteligencja tłumu będzie odwrotnie proporcjonalna do inteligencji poszczególnych jednostek. Pójdą za dobrze wyglądającym politykiem, który powie im to co chcą usłyszeć. I pal licho program. Jak lemingi.
Korwin-Mikke mówi ludziom prawdę wprost, jednak mało kto chce tę prawdę usłyszeć. To już jest wystarczająco kiepskie marketingowo, ale JKM potrafi nawet palnąć, że wyborcy są głupi. No i tutaj jest pies pogrzebany. Tak więc, na wzór pewnego rzymskiego cesarza, który miał niewolnika szepczącego do ucha swojego władcy 'jesteś tylko człowiekiem' – JKM potrzebuje tłumacza. Korwin będzie mu mówił na ucho co chce, a ten przełoży słowa szefa na ładny medialny język, który ludzie będą w stanie łyknąć i się nie obrazić. Być może wtedy ktoś dostrzeże pointę, bo, bądźmy szczerzy, skoro mało kto ją dostrzegał przez jakieś 20 lat, to teraz się przecież w ciągu kilku tygodni już nic nie zmieni.
Oczywiście pozostaje też opcja, że polskie społeczeństwo po prostu lubi wszelkie socjalistyczne zboczenia oraz chce być grabione na prawo i lewo. Jeśli tak rzeczywiście jest, pozostaje UPRowcom i im podobnym położyć się na torach, bo niczego już nie zdziałają. Z tym, że trudno mi sobie wyobrazić to, że ludzie lubią i chcą być codziennie okradani. A skoro nie lubią być okradani – pozostaje opcja pierwsza...
JKM, jak napisał, żywi pewne nadzieje, że w końcu ludzie zwrócą się do skrzydła konserwatywno-liberalnego jako grupy politycznej z dobrym programem, która może się szczycić tym, że od 20 lat ostrzegała, iż dojdzie w końcu do państwowego bankructwa i kryzysu. Ostrzegają, bez dwóch zdań. Możliwe, że to okaże się prawdą, czas pokaże. Ale czy dlatego ludzie będą skłonni posłuchać? Bastiat walczył z całym legionem politycznych przeciwników, którzy mieli coraz to nowe socjalistyczne pomysły na gospodarkę. I nie zwojował wiele. Ponad wiek później – dzieje się to samo przed czym ostrzegał i o czym pisał Frederic Bastiat. Mało kto pamięta jego prace, a szkoda.
Wniosek niestety wysnuwam taki, że poparcie 15% dla JKM w najbliższych wyborach to wizja bliska urojeniu. Bo ludzie, jak to dawno zauważył wspomniany Frederic Bastiat, głosują na to co widać, a nie na to czego nie widać.
Damazy Podsiadło
|
|
Bo prawda jest jedna
|
Za sprawą wielu czynników, pośród których można wymienić chociażby media, autorytatywne wypowiedzi niektórych polityków, IPN, czy niezrozumienie kwestii naukowych wśród większości ludzi – przyjęło się uważać, że fakty historyczne lub wręcz niektóre hipotezy są 'prawdą'. Katyń to 'prawda', spalenie Rzymu za Nerona – 'prawda', zabójstwo Maximiliana Habsburga w Bośni – 'prawda'. Słowo 'prawda' mówi człowiekowi wszystko co, jego zdaniem, powinien wiedzieć – te wydarzenia są 'prawdą'. Znaczy, że rzeczywiście miały miejsce. Zabawne jest w tym to, że historyk nie używa słowa 'prawda' mówiąc o wydarzeniach historycznych, a przynajmniej nie powinien.
Wyobraźmy sobie Prezydenta RP - ma skłonności do autorytatywnych wypowiedzi na temat historii oraz, podobnie jak wielu innych polityków, manię powtarzania o 'prawdzie historycznej' przy konkretnych okazjach związanych np. z celebrowaniem świąt państwowych. Słowa takie jak wspomniana i stanowczo nadużywana w kontekście historii 'prawda' padają często. O ile na problemach gospodarczych nie znam się prawie wcale, na politycznych tak sobie, to o historii wiem przynajmniej tyle, że nie mówię autorytatywnie grzmiąc na cały kraj - 'taka jest prawda', 'tak było'. Zresztą Pan Prezydent oraz polscy politycy nie są w tym odosobnieni. Różne opiniotwórcze (lub całkiem zaściankowe) media potrafią wykazać się jeszcze większą ignorancją lub populizmem. Jednak najbardziej nieszczęśliwe (czasem wręcz zawstydzające) jest to, że potrafią w ten sposób popisywać się sami ludzie nauki, którzy powinni wiedzieć lepiej – a mam tu na myśli niektórych pracowników Instytutu Pamięci Narodowej.
Historia jest nauką, zajmuje się poznaniem i opisaniem dziejów. To banał. Jednak jako nauka podlega pewnym zasadom, ma własne narzędzia, tworzy definicje. W słowniku naukowym historii słowo 'prawda' w zasadzie nie występuje. Pojawia się za to w słowniku historiograficznym, najczęściej podczas omawiania teorii naukowej w historii i jest tam używane w kontekście filozoficznym. Prawda pozostaje nieosiągalnym celem, czymś do czego trzeba dążyć, ale czego nie zdoła się poznać absolutnie.
Przyczyna jest prozaiczna – jak można być pewnym czegoś co wydarzyło się (lub nie) 2000 lat temu? Wydaje się, że im bliżej naszych czasów, tym więcej wiemy i jest to w znakomitej części racją, ale też – nie całkowicie. Żeby podać prosty przykład – śmierć Sikorskiego dalej pozostaje niewyjaśniona, a miała miejsce niewiele więcej niż 50 lat temu (jak na standardy historii - całkiem niedawno, metaforyczne wczoraj). Dlatego też zamiast 'prawdy' wykorzystuje się ogólno-naukowe pojęcie: hipotezę.
Rzecz jasna trudno wątpić np. w to, że Chrzest Polski rzeczywiście miał miejsce, jednak tematem dyskusji do dziś pozostaje – po co właściwie Otton przyjechał do Gniezna. Hipotez jest kilka, część jest lepiej, część gorzej uargumentowana. Ale żadna nie jest wystarczająco kompletna, ponieważ poszczególne źródła przeczą sobie nawzajem.
Rozpatrując swoją naukę historyk porusza się w terminach 'fakt' i 'hipoteza', nie pośród 'prawd historycznych', bo te nie opierają się na badaniach naukowych. Mogą być wyrazem kompleksów, stereotypów, bieżącej polityki lub propagandy. Historyk poszukuje filozoficznej prawdy o historii, jest jego celem, ale zarazem swego rodzaju utopią. Zawsze pozostanie jakieś pytania, na które nie znajdzie odpowiedzi w źródłach, czasem jednak będą to pytania nic nie znaczące dla danego tematu, dlatego się ich nie drąży dalej.
Trudno jest powiedzieć o historii, że się ją zna. Dla kogoś, kto się nią zajmuje oczywistym jest, że zawsze się czegoś nie wie. Niektórzy przyjmują z pokorą swoje braki i akceptują je – bo nie da się być wszechwiedzącym jakkolwiek fakt ten nie raniłby ambicji. Z drugiej strony trudno takiej pokory szukać u wielu ludzi, którzy np. widzieli program na Discovery Channel i sądzą, że znają 'prawdę'. Takich można jeszcze od biedy zrozumieć. Matematycy nie wymagają od wszystkich opanowania rachunku różniczkowego, tak samo historycy nie wymagają od każdego naukowego podejścia do historii. Niemniej irytujące bywa jak kolejny polityk lub reporter w zacietrzewieniu powtarza coś o 'prawdzie historycznej' ignorując całą masę, nierzadko lepszych, hipotez – bo ta jedna mu pasuje, a wiec musi być 'prawdziwa'.
W tym kontekście aż głupio jest przypominać o pewnych pracownikach IPNu wydających książkę opierająca się jedynie na aktach zgromadzonych przez IPN – zupełnie jakby zmagazynowali u siebie cały dostępny materiał.
Gdyby nie owi naukowcy z Instytutu Pamięci Narodowej można by z czystym sumieniem poskarżyć się i poprosić, by politycy i reporterzy nie zajmowali się historią, bo im to raczej słabo wychodzi, a wyciąganie oderwanych od kontekstu wydarzeń jedynie wypacza wiedzę historyczną tych ludzi, którzy ich słuchają. Niestety są także tak zwani historycy, którzy wykazują się albo parciem na szkło, albo przestają postępować jak historycy i publikują kolejną, 'naukową' monografię, która z nauką historyczną może nie mieć zbyt wiele wspólnego.
Pech, ale mamy ten IPN, instytucję, która posiada duży potencjał naukowy, jednak jej 'odkrycia' nad wyraz często prowadzą do kolejnych niepotrzebnych dyskusji i prowokacji, które są dla badań historycznych zbędne i szkodliwe. Rzecz jasna, sprzyja to głoszeniu 'prawdy historycznej'. Nieszczęśliwie się składa, że w takich przypadkach prawda nierzadko jest, jak mówi popularne powiedzenie – jak d***.
|
|
|