Warning: file(http://www.google.com/search?client=navclient-auto&ch=6-1749783415&features=Rank&q=info:http://blog.elx.pl) [function.file]: failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.0 403 Forbidden in /home2/dealer/main/pkg/elixir/web/html/test1/blog/core.php on line 1404
Góra Przeznaczenia
..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
logo
design
Logowanie:
Autologowanie

Góra Przeznaczenia - Rozdział 2

Słonce stało już wysoko na niebie kiedy książę Shasmaris opuścił pokój w gospodzie. "Poranek zawsze niesie nadzieje" - pomyślał książę i uśmiechnął się do siebie. Z zadumy wyrwał go głos gospodarza.
- Widzę wędrowcze że już wstaliście. Najwyższa to pora gdyż słonce daleko już zdążyło zawędrować na nieboskłonie. - rzekł z uśmiechem. - Dobrze się spało? - i nie czekając na odpowiedz dodał - Zapraszam na dol na posiłek.
Shasmaris zszedł na dół za gospodarzem i usiadł w miejscu gdzie kilka godzin temu siedział nie wiedząc co dalej ze sobą począć.
- Witaj panie - Shasmaris po raz kolejny został wyrwany z zamyślenia.
- Witaj Pani. - oczom księcia ukazała się bardzo piękną dziewczyna która przyniosła mu jadło. Shasmaris podziękował z uśmiechem i zabrał się za jedzenie.
- No co za pieronstwo! - zabrzmiał donośny niski głos! - Widać ze robota elfa!
Książę zwrócił głowę w kierunku z którego dochodził krzyk i zobaczył nie wysoką, krępą postać. Był to krasnolud idealnie pasujący do tych opisywanych na kartach powieści w które Shasmaris tak chętnie się zaczytywał. Krasnolud miał długą brązową brodę, topór za pasem i ciemne oczy które teraz spoglądały na księcia.
- Przepraszam najmocniej. Chyba jestem zbyt nerwowy. Tydzień temu kupiłem ten elfi pas a dziś już nadaje się do wyrzucenia! Niech to szlak trafi!
- Elfy nie robią towarów tak niskiej klasy jak Twój pas przyjacielu. - odparł z kąta gospody głos w którym można było wyczuć chłód i wyniosłość. -Zapewniam Cię że nie jest Ci dane mieć w swym wyposażeniu przedmiotu wyprodukowanego przez elfów. Nawet głupiego pasa. - odparła z ledwo słyszalną w głosie pogardą postać która teraz podeszła do pozostałej dwójki. Shasmaris i krasnolud zmierzyli ja wzrokiem. Był to wysoki elf o jasnych włosach i chłodnym spojrzeniu. Wyglądał młodo lecz książę wiedział ze czas jest dla elfów o wiele łaskawszy niż dla ludzi.
- Odezwał się wielki mędrzec. - Odparł krasnolud nie chcąc pozostać dłużnym na zaczepkę elfa. - Tysiąc razy wolę solidne krasnoludzkie przedmioty, niż te wasze misternie zdobione badziewia.
- Spokojnie mili panowie. - odparł pojednawczo Shasmaris. - Po co te kłótnie. Powiedzcie lepiej dokąd zmierzacie.
- Mym celem jest owiana tajemnicą Góra Przeznaczenia. Nie chce jednak wyjawiać celu mej podroży. Pochodzę zaś z za Wielkiej Rzeki. Jak sam możesz wywnioskować panie przebyłem daleka drogę. Me imię zaś brzmi Farelion.
- Widzę mości elfie ze w jednym kierunku zmierzamy. - rzekł krasnolud nadal patrząc spode łba na elfa. - Jam jest Orid syn Huriona. Pachołek na własnej ziemi. Wszystko przez tych pazernych ludzi. Nie wędrowcze, nie mam do Ciebie pretensji. Wiem że ten wiecznie nienażarty król gnębi również ludzi. Zmierzam do Gór przeznaczenia, gdyż słyszałem że jest bogata w surowce, tak potrzebne memu ludowi.
- Za to jam jest Shasmaris - rzekł książę mając nadzieję że nikt go nie skojarzy z rodem królewskim. - Nie wiem gdzie podążam i nie wiem poco. - rzekł uśmiechając się gorzko. - Pochodzę z rodziny chłopskiej - skłamał.
- Widzę że coś Cie trapi Shasmarisie, jeśli nie chcesz nie mów, zrozumiem. Widzę również że zmierzamy w jednym kierunku. Chyba czas się pogodzić Oridzie synu Huriona. Byłem dla Ciebie za ostry. Przepraszam.
- I ja przepraszam Farelionie. Nie powinienem mówić o elfach skoro ich nie znam.
Chwilę potem potężna dłoń krasnoluda uścisła delikatną dłoń elfa.
- A więc możemy wyruszać, tak? - spytał z uśmiechem Shasmaris.
- Jestem gotów - rzekł Farelion.
- I ja - odparł gromko Orid
- A wiec w drogę. - krzyknął Shasmaris.
Pół godziny później trójka jeźdźców na koniach opuściła gospodę. Kierowali się na wschód.


Góra Przeznaczenia - Rozdział 1

Słońce właśnie budziło do życia krainę Avantiel, kiedy samotny jeździec przemknął Traktem Północnym. Jednak naszą historię wypadało by zacząć nieco wcześniej ...

Książe Shasmarin miotał się w rozpaczy kiedy jego przyjaciel, wszedł do komnaty.
- Powiedz mi drogi Lothanie jaki jest tego sens? Po co tu żyjemy i przez wszystkie wojny i spiski upodabniamy się do zwierząt?
- Ależ Shasmarinie, o czym ty mówisz? - spytał Lothan - Przecież masz czego dusza zapragnie. Jesteś księciem a na jedno twoje skinienie przybiegają całe zastępy służących. Czego tu chcieć więcej?
- Czego, pytasz - westchnął ciężko książę - A może tak wolności. A być może tego żeby budząc się rano cieszyć się każdym promykiem słońca i wiedzieć po co się żyje? Lub tego by każdego dnia widzieć uśmiech ukochanej kobiety i wiedzieć że naprawdę jej na tobie zależy? Nie wiem Lothanie i dlatego wyruszam.
- Oszalałeś?! Wyruszasz?! Dokąd? Królestwo Avantiel Cię potrzebuje! - wykrzyknął.
- Widzę że nie rozumiesz mnie drogi Lothanie, a co do twojego pytania to kieruje się na północ do karczmy "Pod Orlim Skrzydłem", a później? Kto wie może skieruję się na wschód.
- Na wschód?! Więc jednak oszalałeś? Mój przyjacielu życie ci nie miłe?!
- Miłe Lothanie. - powiedział patrząc w próżnie Shasmaris - I właśnie dlatego wyruszam aby je ratować. Przepraszam cię bardzo ale muszę się spakować. Mam zamiar wyjechać o północy. Mogę liczyć na Twoją dyskrecje?
- Możesz Shasmarisie - westchnął ciężko Lothan - Więc żegnaj przyjacielu.
- Żegnaj i ty i nigdy mnie nie zapomnij - odparł książe.
- Możesz być tego pewny Shasmarisie.

-Tak wczoraj wszystko wyglądało inaczej - pomyślał książę. Dziś wszystko rysuje się w lepszych barwach. W barwach nadziei.
Rozmyślenia monarchy przerwał widok jego aktualnego celu. W świetle wschodzącego słońca widniała karczma "Pod Orlim Skrzydłem". Wokół budynku rosły przeróżne gatunki krzewów i kwiatów,
a do bram gospody prowadziła dróżka po bokach której rosły piękne lipy. Koń jakby ucieszony tym widokiem przyśpieszył, i wkrótce wraz z jeźdźcem znalazł się u bram gospody.
- Witaj wędrowcze - odezwał się niski i dobrotliwy głos- Czegóż szukasz w naszej gospodzie o tak wczesnej porze?
- Schronienia i strawy. - odparł z uśmiechem książę.
- Więc zapraszam Cię w moje skromne progi - odrzekł. - Pade zajmij się koniem tego dostojnego pana.
Ledwo skończył to mówić już w bramie gospody pojawił się chłopiec który zajął się koniem a Shasmaris mógł wejść i rozgościć się w gospodzie. Bardzo spodobało mu się ciche i przytulne miejsce które nie wiele miało wspólnego z przepychem pałacu. W dość ciasnym pomieszczeniu za ladą na przeciw niego uwijał się karczmarz, zaś po lewej stronie stał kominek. Po prawej stronie księcia wznosiły się drewniane schody.
- Oto i Twoje jadło panie - rzekł karczmarz - Jeśli będziesz chciał później odpocząć, zapraszam cię na górę gdzie znajdziesz tylko spokój i ciepłe łóżko.
- Niczego więcej mi nie trzeba po nocy spędzonej na grzbiecie konia - odparł z uśmiechem Shasmaris - Dziękuje ci dobry człowieku.
Karczmarz skłonił się i odszedł, a książę zjadł chyba jeden z najsmaczniejszych posiłków w swoim życiu. Po śniadaniu Shasmaris udał się na górę aby nieco odpocząć. Po rozpakowaniu się położył się do łóżka.
-Tak wczoraj wszystko było inne - mruknął i zmęczony zasnął z uśmiechem na ustach.



design
   
design