|
Wreszcie sesja...
|
Czekaliśmy na nią ponad miesiąc, a czy się opłaciło... Odpowiedź nie należy do moich kompetencji ;)
Ta sesja różniła się trochę od wszystkich pozostałych, chociażby ze względu na obecność pewnego dzieła Molocha na biurku tuż przed MG. Wreszcie żadnych problemów z muzyką, fruwającymi po całym pokoju fragmentami scenariusza i brakiem widzialności pogryzmolonych notatek.
Zapomniałbym wspomnieć... Do Ryana i Michała dołączył niejaki Mat Barlow, cichociemny Road Warrior prowadzony przez znanego Dagenotha. Dzięki jego pomocy udało się obyć bez poważniejszych strat w ludziach i sprzęcie, po tym jak Borys Laught odmówił zapłaty za uruchomienie linii produkcyjnej w fabryce akumulatorów Recofied, a mało tego nasłał na Ryana i Michała pięciu kolesi z kałachami. Ruski, to ruski… mówię wam… Po szaleńczej akcji Mata i jego popisom w prowadzeniu motocykla, udało się jakoś zwiać z miasta. Zaczęło się planowanie zemsty… Akcja przebiegła niemal perfekcyjnie. Tu pochwalić trzeba pomysłowość graczy ( macie u mnie + ) zarówno jeśli chodzi o plan, jak i wychodzenie z niespodziewanych opresji. Aż miło się prowadziło ;)
Nie zabrakło też straszenia krzaczkiem ;)
Wreszcie udało się wejść do bunkra… Traz problem… Ja stąd wyjść, jeśli po zatrzaśnięciu włazu nawet stalowo-ręki Michał nie mógł sobie z nim poradzić? W środku nie było zbyt przyjemnie… Pałętali się po korytarzach oglądając zniszczenia, czając się za włazami i strasząc wadliwe systemy komputerowe. Pogadali sobie z jednym z komputerów z SI, wszystko tip top aż do drugiego poziomu… Tam coś jakby chłodniej, a przede wszystkim wilgotniej… No i dziwne, wyskakujące w najmniej spodziewanym momencie mutanty. Niemalże nieśmiertelne, bo jak w zasadzie zabić ciecz? skończyło się na dewastacji tkanek miękkich na ramieniu Mata, draśnięciach u Ryana i, co najgorsze, poważnych ranach brzucha u Michała. Poziom trzeci… Tu w miarę spokojnie (jeśli nie liczyć dwóch obrotowych karabinów typu Minigun o mało nie uruchomionych przerwaniem promienia fotokomórki. Tak… śmierć była blisko ;) Ale w zamian, po rozmowie ze sfiksowanym komputerem głównym i odgadnięciu jego imienia, udało się otworzyć właz awaryjny na pierwszym poziomie. W drodze powrotnej zajrzeli jeszcze do magazynu i zgarnęli sporo niezłego sprzętu, a także płytkę J. S. Bacha ;) i drugą ze zdjęciami oddziału stacjonującego w bunkrze… I tu zdziwienie… Na jednym ze zdjęć widać Jasmin… Choć mocno odmieniona, a w dodatku zdjęcia pochodzą z przed wojny, to na pewno ona…
Po wyjściu z bunkra, udali się do Saint Louis w celu znalezienia medyka mogącego uleczyć dziwny rodzaj zakażenia atakującego ich rany. Nie zabawili tam długo, ale zdążyli poznać pewną niebrzydką Jane. Najbardziej zdziwiło mnie paranoiczne traktowanie jej bagażu… Ale ok. ;) trochę koloru dorzuciłem owej postaci, obmyśliłem jej tło i postanowiłem dalej intrygować graczy ;) Ale teksty o brzmieniu „Zabijmy ją, bo ona ma taki mały plecaczek!” Wywoływały salwy śmiechu w mrocznej piwnicy u Dagenotha :D A i dobrze, bo RPG ma bawić, nie? Kiedy spostrzegli, że ona pije tylko słodkie, czerwone wino, jest blada i nosi ciemne okulary… No zgadnijcie jakie były skojarzenia…
Opisałem tu dwie sesje, a i chyba nawet nie całe… Ale co tam ;) niedługo dopiszę następną, bo ostatnio często gramy.
A w następnym odcinku. Do drużyny dołącza świeżo upieczona pani doktor i od razu przystępuje do łatania. Walka z klocem wcale nie musi być trudna. Dużo rur i blachy (ten gość już nawet na prywatnych blogach się pojawia! Niezły jest) wystających z samochodu. Bordowe oczy… i wiele, wiele innych!
A tymczasem…
“When my ship is free of the open sky
It's a damn good day to my way of mind…”
|
|
komentarze do tej notki:
|
|
|
|